Zaczęło się od kryzysu na amerykańskim rynku kredytów subprime. Potem kryzys, a raczej jego skutki, dosięgły również Polskę. Długo nie musieliśmy czekać: problemy finansowe największych spółek tj.: Agora S.A., VOS LOGISTICS, Thompson w Piasecznie, czy Arcelor Mittal Poland, skutkowały utratą płynności finansowej, a tym samym redukcją planów inwestycyjnych i masowymi zwolnieniami. Wśród tych, którzy skutki spowolnienia gospodarczego odczuli na własnej skórze byli m.in. dealerzy samochodowi. Upadający General Motors w Stanach Zjednoczonych, rekordowe promocje Nissana, upusty Citroena to tylko przykłady tego, co od 2008 r. zaczęło doskwierać branży dealerskiej[1].

Lokalne problemy

Coraz częściej do problemów przyznają się już nie tylko międzynarodowe koncerny, ale właściciele i menedżerowie pojedynczych koncesji, gdzie skutki kryzysu przejawiają się przed wszystkim w zmianie kierunków inwestycji[2]: dealerzy generalnie zamiast inwestować w rozwój, skupiają się na przetrwaniu i minimalizacji wydatków.

 

W wyniku kryzysu finansowego nastąpiło zjawisko polaryzacji. Paradoksalnie spowolnienie gospodarcze dało ambitnym dealerom nowe możliwości zaistnienia na rynku. Na jednym biegunie pojawiają się koncesje chcące rozwijać się i inwestować. Koncesje, dla których kryzys jest odpowiednim czasem na wykorzystanie nadwyżek finansowych i dostępnych grantów, a co za tym idzie wyprzedzenie „dyszącej” konkurencji. Na drugim biegunie dogorywają upadające dealerstwa, tracące klientów i płynność finansową. Łączy ich jedno – potrzeba zmiany.

Salony samochodowe w kryzysie

Sytuacja nie wygląda dobrze. Coraz mniejsza ilość klientów zainteresowanych kupnem nowych aut i usługami serwisowymi, zmiana polityki i wymagań importerskich, brak nowoczesnych narzędzi wspierających sprzedaż. To tylko kilka z nielicznych bolączek polskich salonów samochodowych.

 

Kłopoty branży motoryzacyjnej coraz częściej zaczynają przejawiać się w zawieszaniu wszelkich inwestycji w zakresie systemów informatycznych, szkoleń pracowników, stosowania nowoczesnych narzędzi CRM. To z kolei powoduje, że przychody stają się jeszcze mniejsze a problemy finansowe coraz większe. To błędne koło, z którego dealer może nie wyjść bez pomocy z zewnątrz…

 

Czy jest na to rozwiązanie? Skąd pozyskać dofinansowanie na nowe inwestycje ?

Wsparcie rządu jako lekarstwo na bolączki dealerów

W rozmowach z właścicielami dealerstw można usłyszeć, że nasze państwo w przeciwieństwie do np. USA czy Niemiec w żaden sposób nie stara się wspierać branży dealerskiej, w tak trudnych czasach. Tymczasem mało kto wie, że istnieją programy dofinansowania skierowane wprost do branży dealerskiej i dopasowane do ich potrzeb.

 

O dotacjach unijnych słyszeli niemal wszyscy, m.in. za sprawą dwóch siwych krasnali z telewizyjnych spotów lub z tablic informacyjnych na polskich drogach. Niestety ze środków tych korzystają tylko nieliczni sądząc, że to nie dla nich, za dużo biurokracji, szkoda czasu. Panuje też powszechna opinia, że szansa na otrzymanie dofinansowania w konkursie w którym startują tysiące firm jest minimalna. Ci, którzy zaryzykowali i którym udało się z perspektywy czasu stwierdzają: – „warto było”. Nawet pomimo całej biurokracji związanej z napisaniem projektu unijnego i półrocznego oczekiwania na decyzję

Dlaczego?

W opinii ekspertów i tych, którzy podjęli to wyzwanie, panuje przekonanie że skorzystanie z dofinansowania przynosi wielowymiarowe korzyści zwiększające konkurencyjność firmy. Dzięki finansowaniu unijnemu na nowe rozwiązania, korzysta nie tylko firma, ale również pracownicy, klienci, partnerzy biznesowi. Firma tworzy obraz siebie, jako dobrze prosperującej i doskonale odnajdującej się w niełatwej rzeczywistości.

W trudnych czasach łatwiej jest zmieniać i modelować procesy zachodzące w dealerstwach samochodowych oraz wpływać na pracowników wdrażając nowe metody sprzedażowe. Sytuacja ta daje więcej przestrzeni na zmiany niż gdy firma dobrze prosperuje i priorytetem jest obsługa „napływających drzwiami i oknami klientów”.

Ostatni dzwonek dla zainteresowanych

Z informacji płynących z Warszawy wynika, że jeszcze tylko do końca czerwca 2013 funkcjonować będą programy, w ramach których do rozdysponowania są środki, które pozwolą polskim dealerom na unowocześnienie i rozwój firmy. Stanowi to doskonałą szansę na atak, a zarazem obronę przed kolejnym uderzeniem kryzysu i przygotuje firmę do ożywienia gospodarczego, które według opinii ekspertów powinno się pojawić na przełomie w III/IV kwartału 2013 roku.

O wsparcie ubiegać się można w ramach tzw. Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, działanie 8.2. Wspieranie wdrażania elektronicznego biznesu typu B2B.

Do podziału jest nie bagatelna kwota 600 mln złotych, którą można wykorzystać na takie działania, jak:

  • – rozbudowa i modernizacja infrastruktury IT firmy,
  • – automatyzacja procesów sprzedażowych,
  • – wdrożenie nowoczesnych rozwiązań informatycznych np. system DMS,
  • – przeprowadzenie szkoleń specjalistycznych,
  • – dostosowanie systemów do wymogów importerskich,
  • – wdrożenie nowych produktów sprzedażowych.

Dofinansowanie to pokrycie od 35 do 70% (w zależności do wielkości firmy i województwa w którym działa) kosztów związanych z zakupem i wdrożeniem systemu, przeszkoleniem pracowników, zakupem niezbędnych licencji infrastruktury informatycznej.

Program skierowany jest do firm zatrudniających do 250 osób, które myślą o swoim rozwoju w relacji z kluczowymi Partnerami. Mogą to być na przykład importerzy, subdealerzy, dostawcy, z którymi firma prowadzi stałą współpracę (warunkiem jest wykazanie umów o współpracy np. umów importerskich).

W praktyce przykładowy wniosek może obejmować wdrożenie nowego systemu DMS automatyzującego procesy wewnętrzne, skutkującego usprawnieniem i poprawą jakości danych wymienianych z partnerami B2B. Oprócz wprowadzenia systemu dealer może przeprowadzić szkolenia a także odświeżyć całą infrastrukturę serwerów i komputerów roboczych. Średnia wartość projektów unijnych realizowanych przez dealerów to ok. 200-500 tysięcy złotych.

Czy każde lekarstwo pomaga ?

Dofinansowanie to jedynie środek do celu, którym jest rozwój i wyprzedzenie konkurencji. Kryzys daje możliwości, które są doskonałą szansą dla tych, którzy chcą działać i iść do przodu.

Tu pojawia się pytanie – co dzięki temu można osiągnąć ? Odpowiedź jest prosta- podniesienie efektywności działania, zwiększenie przychodów, obniżenie kosztów funkcjonowania koncesji. W ujęciu globalnym to nic innego jak nabycie umiejętności prowadzenia biznesu nawet w trudnych warunkach – odwołując się do „zasady” inwestorów giełdowych: „kupuj na spadkach (inwestuj) – sprzedawaj na górce (bierz profity w dobrej koniunkturze)”.

Oferta last minute

Środki się kończą i Warszawa alarmuje, że planowane w tym roku konkursy (jeden kończy się 30 kwietnia, drugi 28 czerwca) mogą być już ostatnią szansą na dofinansowanie tego typu działań.

 

Koncesje takich marek jak Citroen, Mazda, Fiat, Renault, Nissan z Łodzi, Krakowa, Torunia, czy Poznania to tylko przykłady firm, którym się udało. Lista nie jest długa, ale w samym 2012 roku dofinansowanie otrzymało około 10 koncesji.

Czy tak mała liczba dotacji to kwestia niedoinformowania, czy też obawy przed nieznanym?

 

Prawdą jest, że kto nie ryzykuje ten nie pije szampana….

 


[1] http://m.lodz.gazeta.pl/lodz/1,106512,11093244,Obrona_przez_atak__Dealerzy_inwestuja_w_kryzysie.html

 

[2] http://www.pkpplewiatan.pl/upload/centrum_prasowe/pliki/Polska_Konfedera_24_04_2008/nowe_zycie_gosp odarcze_2008_04_13_stan_sektora_msp_w_polsce_pdf.pdf

 

źródło: Kto nie ryzykuje ten nie pije szampana czyli polskie dealerstwo w czasach kryzysu.

 

 

Jeśli nie wykupiłeś odpowiedniego ubezpieczenia lub prowadzisz nieubezpieczone auto, a spowodujesz wypadek, czeka cię mandat, a także tzw. regres ubezpieczeniowy świadczeń wypłaconych ofiarom wypadku. Aktualnie Fundusz prowadzi sprawy regresowe, których wysokość sięga kwoty nawet pół miliona złotych.

 

Kierowcy bez OC

Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny (UFG) zajmuje się wypłatą odszkodowań niewinnym ofiarom wypadków, spowodowanych m.in. przez nieubezpieczonych właścicieli pojazdów. UFG zajmuje się przy tym także kontrolą i karaniem nieubezpieczonych.

 

Zgodnie z danymi Funduszu, nieubezpieczeni sprawcy wypadków kosztują właścicieli pojazdów z wykupionym OC ponad 42 mln złotych – taką właśnie kwotę UFG wypłacił ofiarom wypadków w roku 2011. Znacząco wzrosła przy tym, w porównaniu do roku 2010, liczba odszkodowań. Podczas, gdy w roku 2010 odszkodowania wypłacono 2,1 tys. poszkodowanych, to w roku 2011 liczba ta wzrosła do około trzech tysięcy. Wszystko wskazuje także na to, że również ten rok zakończy się pobiciem kolejnego rekordu. W okresie styczeń – czerwiec wypłacono bowiem łącznie 2,4 tysiąca odszkodowań, których wspólna wartość to blisko 30 milionów złotych.

 

Właściciele pojazdów za nic mają sobie obowiązek posiadania ważnego ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej (OC). UFG szacuje bowiem, że po polskich drogach bez komunikacyjnego ubezpieczenia OC porusza się około 200, a nawet 250 tysięcy pojazdów. Nieubezpieczonych kierowców nie odstrasza opłata karna za brak komunikacyjnego OC, która wynosi obecnie trzy tysiące złotych, o ile samochód osobowy nie posiadał polisy przez ponad 14 dni. W ramach przestrogi wspomnieć można tu o nowym programie UFG, który wykrywa przerwy w ubezpieczeniu OC posiadaczy pojazdów mechanicznych. Narzędzie monitoruje bazę polis komunikacyjnych, w której znajduje się ponad 200 mln rekordów o sprzedanych ubezpieczeniach OC i autocasco – wezwanie do zapłaty otrzymało już blisko dwa tysiące posiadaczy pojazdów mechanicznych.

Srogo zapłacisz za wypadek

Nieubezpieczeni nie obawiają się także innych, często bardzo kosztownych konsekwencji – jest to zwrot odszkodowania wypłaconego przez UFG ofiarom wypadku spowodowanego przez nieubezpieczony pojazd. Po wypłacie świadczeń ofiarom wypadków, Fundusz występuje bowiem do właściciela auta oraz do sprawcy wypadku o zwrot tych kwot (tzw. regres). Warto zaznaczyć, że rok do roku w pierwszym półroczu 2012 r. o 50 procent wzrosła liczba kierowców bez OC, którzy z własnej kieszeni muszą zwracać odszkodowania za spowodowany wypadek. Ogółem, w ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku, UFG rozpoczął blisko 1711 nowych postępowań regresowych, to aż o 552 więcej niż w analogicznym okresie minionego roku. Najbardziej dynamicznie wzrosła liczba spraw drobnych, w których odszkodowanie do zwrotu nie przekracza 10 tysięcy złotych. Zdarzają się jednak roszczenia sięgające stu czy nawet 500 tysięcy złotych.

 

Właśnie kwotę bliską 500 tysiącom złotych, na którą złożyły się przede wszystkim wartości zadośćuczynienia dla członków rodziny, zapłaci pijany motocyklista, który poruszając się motorem bez OC uderzył w rowerzystkę, która zginęła na miejscu i osierociła kilkoro dzieci.

Zapytaj czy właściciel ma OC

Mimo tak drastycznych, nie tylko finansowych konsekwencji, z najnowszego badania przeprowadzonego na zlecenie Funduszu wynika, że prawie 70 procent Polaków nie zdaje sobie sprawy, że siadając za kierownicą cudzego auta powinni upewnić się czy jego właściciel ma polisę OC. Dane UFG pokazują przy tym, że już prawie jedna trzecia wypadków drogowych powodowana jest przez kierowców, nie będących właścicielami auta – jeśli nie będzie ono ubezpieczone, to kierowca solidarnie z właścicielem pojazdu obciążony zostanie regresem świadczenia wypłaconego przez UFG. Fundusz podaje przy tym przykłady takich spraw np.: właściciel auta prosi kolegę, by usiadł za kierownicą jego samochodu i odwiózł go do domu. Podczas jazdy kierujący pojazdem kolega potrąca kobietę, która nagle wtargnęła na przejście dla pieszych. Okazało się, że samochód nie miał obowiązkowego OC. UFG wypłacił odszkodowanie kobiecie, a następnie wystąpił z regresem do obu panów – kierowcy i nieubezpieczonego właściciela pojazdu – o zwrot 20 tysięcy złotych, czyli całego wypłaconego świadczenia.

Pytanie więc, czy ubezpieczenie OC jest na tyle „drogie”, że nie opłaca się go wykupić?

 

źródło: Brak OC może kosztować cię nawet 05 mln zł

 

Czy parabank to nadal bank?

Celem najnowszego badania przeprowadzonego na próbie tysiąca osób przez TNS Polska, na zlecenie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK), była diagnoza stanu wiedzy i opinii Polaków na temat usług oferowanych przez przedsiębiorców działających na rynku finansowym. Temat badania jest jak najbardziej aktualny, szczególnie w odniesieniu do głośnej sprawy Amber Gold i licznych wpisów na forach internetowych, gdzie poszkodowani klienci szukają pomocy. Na jednym z nich czytamy: „Witam. Razem z mężem zainwestowaliśmy w Amber Gold niemało, bo aż całe 50 tysięcy złotych. Teraz nie wiemy co robić, już się w tym wszystkim pogubiłam. Jak usłyszeliśmy, że AG padło, zawalił się też cały nasz świat, bo wpłacone tam pieniądze były całymi naszymi oszczędnościami. Czy jest szansa na odzyskanie tych pieniędzy, jak mam to zrobić? Podobno nie był to w ogóle bank, tak wcześniej myśleliśmy z mężem, ich oddział wyglądał super, czy nasze pieniądze uda się odzyskać, na przykład z jakiegoś funduszu gwarancyjnego? – coś o tym dziś słyszałam w telewizji. Czy taki fundusz wypłaci nam całość przekazanych AG pieniędzy? Czy mamy nająć adwokata i on ma się tym zająć, czy podłączyć się pod jakiś pozew zbiorowy? Proszę pomóżcie, może są tu inni oszukani przez Amber, ja niestety nie orientuję się zbyt dobrze w TYCH sprawach. Myślę, że jeśli zbierze się większa grupa osób, to razem będzie nam łatwiej odzyskać nasze pieniądze. Pozdrawiam M.”

Niezbyt wyedukowani

Powyższy wpis potwierdza niestety wnioski zawarte w raporcie z badania UOKiK. Aż 54 % osób uczestniczących w ankiecie nie wie czym jest parabank, a jedynie niewiele ponad jedna czwarta z nich podała prawidłową jego definicję. Co dziesiąty ankietowany twierdził natomiast, że parabank jest bankiem, który łatwo i szybko udziela pożyczek, a 7 % badanych było zdania, że instytucja ta kontrolowana jest przez nadzór bankowy. Choć większość z badanych (75 %) odpowiedziała, że nie zdecydowałaby się na pożyczkę w parabanku, to 36 % z nich zadeklarowało, że powodem dla którego wzięliby w nim pożyczkę jest to, że proces jej udzielenia byłby szybki.

Co dziesiąty respondent wziąłby pożyczkę w parabanku w sytuacji, gdyby bank odmówił udzielenia mu finansowania lub w przypadku wykazywania zbyt niskich dochodów. Połowa osób uczestniczących w badaniu nie umiała odpowiedzieć na pytanie, co dzieje się z pieniędzmi powierzonymi parabankowi w sytuacji jego bankructwa. 39 % konsumentów wiedziało jednak, że w takiej sytuacji mogą stracić wszystkie oszczędności. Jednak aż 8 % z nich było zdania, że wpłacone pieniądze oraz wypracowane zyski zostaną im zwrócone w ramach gwarancji Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, 4 % ankietowanych było zdania, że otrzyma jedynie zainwestowane pieniądze, ale bez zysków.

Co jest najważniejsze podczas inwestowania?

Wysokość zysku oraz zabezpieczenie na wypadek bankructwa instytucji finansowej, to najczęściej wskazywane odpowiedzi na pytanie dotyczące najważniejszych kryteriów doboru oferty inwestycyjnej. Priorytety te wskazała ponad jedna trzecia ankietowanych. 17 % respondentów była zdania, że najważniejszym kryterium danej oferty jest dla nich opinia innych, rekomendacje analityków rynkowych oraz informacje przekazywane przez kredytodawcę. Niestety badanie pokazało także, że jedynie ponad połowa (52 %) ankietowanych przed podpisaniem umowy dotyczącej pożyczki lub zainwestowania pieniędzy czyta zawarte w niej warunki. To żenująco niski wynik, jednak najbardziej zatrważa fakt, że aż dwudziestoprocentowa grupa respondentów w ogóle nie czyta w takim przypadku podpisywanych przez siebie umów, a co dziesiąty badany robi to tylko wtedy, gdy inwestuje lub pożycza duże kwoty pieniędzy.

Głosy krytyczne

Poza postami podobnymi do przykładu przytoczonego powyżej, na forach internetowych coraz częściej zaczęły się także pojawiać krytyczne wpisy osób wytykających bezmyślność i brak zdrowego rozsądku oszukanym przez parabanki. Nawet jeśli większość z nich w sposób wyjątkowo dobitny (bardzo często nawet niecenzuralny) krytykuje łatwowierność i krótkowzroczność oszukanych, to nie sposób, także z perspektywy przedstawionego badania, choć w części się z nimi nie zgodzić. Trudno bowiem usprawiedliwić poszkodowanego, który stracił oszczędności, ponieważ dał omamić się wizji błyskawicznego stuprocentowego zysku, a podczas sygnowania umowy nawet nie zadał sobie trudu, by ją w całości przeczytać.

 

źródło: Czego nie wiemy o parabankach

Podatnicy, którzy w ramach swojej działalności gospodarczej świadczą usługi, a także dokonują dostaw towarów używanych, antyków, dzieł sztuki oraz przedmiotów kolekcjonerskich mogą być opodatkowani na zasadach specjalnych i wystawiać z tytułu sprzedaż tzw. faktury VAT-marża. Jest to specyficzny rodzaj dokumentu pozwalający na dokonanie obliczenia wysokości zobowiązania wobec fiskusa na podstawie uzyskanej ze sprzedaży towarów lub świadczeń marży.

Marża podstawą opodatkowania

W myśl ustawy o podatku od towarów i usług, za marżę uznaje się różnicę pomiędzy kwotą należności, do której zapłaty zobowiązany jest nabywca dóbr lub usług, a ceną nabycia, pomniejszoną o wartość podatku. Podatnik powinien pamiętać, że ten sposób rozliczania VAT  pozwala sprzedawcy na odprowadzenie podatku od uzyskanej marży, z drugiej strony pozbawiając go możliwości odliczenia podatku z faktur dotyczących  zakupu towarów.

Mniej danych na fakturze VAT-marża

Warto podkreślić, że faktura VAT-marża różni się od standardowych dokumentów poświadczających dokonanie sprzedaży. W myśl rozporządzenia Ministra Finansów w  sprawie zwrotu podatku niektórym podatnikom, wystawiania faktur, sposobu ich przechowywania oraz listy towarów i usług, do których nie mają zastosowania zwolnienia od podatku od towarów i usług, fakturę tę wyróżnia ograniczony zakres wymaganych danych na niej umieszczonych.

Przede wszystkim tego rodzaju dokument nie musi określać ceny jednostkowej netto przedmiotu transakcji, wartości sprzedaży netto, stawki podatku, sumy wartości sprzedaży wraz z podziałem na kwoty dotyczące poszczególnych przyjętych stawek podatku.

Podatnik wystawiając fakturę VAT-marża, powinien pamiętać, że sporządzając ten dokument nie musi także wyszczególniać na nim nałożonej przez siebie marży. Na fakturze VAT-marżą podaje się kwotę należności ogółem w formie zarówno liczbowej, jak i słownej bez wykazywania kwoty podatku. Bardzo istotne jest, aby dokument został oznaczony jako „Faktura VAT-marża”

Ponadto na fakturze obowiązkowo muszą znaleźć się imię i nazwisko bądź też nazwa sprzedawcy, adresy oraz NIP sprzedawcy i nabywcy, data dokonania transakcji sprzedaży, nazwę towaru lub usługi, przyjętą jednostkę miary, a także ilość sprzedanych towarów lub rodzaj wykonywanych usług.

Nabywca nie może odliczyć podatku VAT

Warte podkreślenia są także konsekwencje dla nabywającego wynikające z zastosowaniem tej formy faktury. Pewną niedogodnością dla nabywcy jest brak możliwości odliczenia podatku od towarów i usług, ponieważ dokument ten nie zawiera kwoty podatku. Taka faktura nie jest księgowana w ewidencji zakupów VAT, a w konsekwencji całkowita kwota należna sprzedawcy stanowi koszt prowadzenia działalności.

źródło: Co to jest faktura VAT #8211; marża?

 

Opodatkowanie dochodów uzyskanych w związku z posiadanymi udziałami w spółce osobowej budzi wiele kontrowersji. Rozważania dotyczące tego aspektu, należy zacząć od wskazania, że to spółka, a nie tworzący ją podatnicy, prowadzi działalność gospodarczą generującą przychody. Oznacza to, że jeżeli spółka prowadzi pozarolniczą działalność gospodarczą, to analogicznie przychody wspólnika wynikające z udziału w takim podmiocie gospodarczym uznawane są za przychody ze źródła, jakim jest pozarolnicza działalność gospodarcza.

Działalność gospodarczą prowadzi spółka, przychody z działalności są wspólnika

Wynika to bezpośrednio z przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, w myśl których za działalność pozarolniczą uważa się działalność zarobkową prowadzoną we własnym imieniu  bez względu na jej rezultat, w sposób zorganizowany i ciągły, z której uzyskane przychody nie są zaliczane do przychodów z innych źródeł. W związku z tym można jednoznacznie stwierdzić, że wspólnicy spółek osobowych niewątpliwie nie prowadzą działalności gospodarczej we własnym imieniu, gdyż działalność ta prowadzona jest przez podmiot gospodarczy, jakim jest wspomniana spółka osobowa. Jednak w takiej sytuacji przychody wspólnika z udziału w takiej spółce, ustawa uznaje za przychody z działalności gospodarczej.

Zakres pojęcia udziału w podmiocie gospodarczym

Podatnik powinien pamiętać, że ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych nie precyzuje jednoznacznie zakresu pojęcia udziału w spółce osobowej, stanowiącego podstawę określenia wysokości dochodu każdego ze wspólników. Regulacje dotyczące tego zagadnienia zostały zawarte w kodeksie spółek handlowych oraz kodeksie cywilnym. W myśl wspomnianych aktów prawnych odpowiedzialność wspólników tworzących jednostkę gospodarczą powinna zostać określona w umowie spółki, dotyczy to zarówno zysków jak i ponoszonych strat. Warto zauważyć, że w zależności od rodzaju podmiotu gospodarczego, jak również treści samej umowy, wspólnicy ponoszą odpowiedzialność w różnym stopniu, zawsze jednak jest to odpowiedzialność solidarna.

Określenie wartości dochodu najpierw dla spółki, dopiero później dla wspólników

Bardzo istotnym wydaje się fakt, iż wspólnicy spółek osobowych opodatkowani na zasadach ogólnych ustalają swój dochód w dość specyficzny sposób. Podatnik powinien pamiętać, że wartość przychodów uzyskanych z udziału w spółce niebędącej osobą prawną, tak samo jak koszty z tym związane, określa się proporcjonalnie do jego prawa w udziale w zysku.

Warto podkreślić, że najpierw należy ustalić wartość dochodu, jaki wygenerowała spółka, tak jakby to ona była podatnikiem. Dopiero później, na zasadzie proporcji wynikającej z prawa do udziału w zysku spółki, ustala się dochód poszczególnego wspólnika. Należy pokreślić, że wspomniany udział powinien zostać określony w umowie spółki, a w przypadku, gdy umowa nie reguluje tej kwestii, stosuje się stosowne wartości, przewidziane w kodeksie cywilnym oraz spółek handlowych.

Dopiero od tak ustalonej kwoty obliczyć należy wartość zobowiązania podatnika względem organu podatkowego.

Sposób opodatkowania

Analizując sposób opodatkowania dochodu uzyskiwanego przez osoby fizyczne, będące wspólnikami spółek osobowych, należy podkreślić, że zastosowanie mają w tym przypadku regulacje ustawy

o podatku dochodowym od osób fizycznych. Wynika z tego, że podatnik ma do dyspozycji kilka form opodatkowania. Podatnik powinien bowiem mieć na uwadze fakt, że nie każda forma opodatkowania przewidziana jest dla wszystkich rodzajów prowadzonej działalności gospodarczej. Należą do nich opodatkowanie na zasadach ogólnych według skali podatkowej, podatek liniowy, ryczałt od przychodów ewidencjonowanych,  a także opodatkowanie na zasadach karty podatkowej.

Warto jednakże zauważyć, że mimo, iż przepisy prawa podatkowego nie określają tego wprost, ale w praktyce przyjęło się, że wspólnicy zobowiązani są do podjęcia jednomyślnie decyzji odnośnie tego, w jakiej formie będą regulować zobowiązanie wobec organu podatkowego z tytułu podatku, a ściślej mówiąc, czy będą płacić podatek dochodowy według zasad ogólnych, czy określony na zasadach ryczałtu. Oznacza to, że nie mogą się rozliczać w różny sposób. Takie stanowisko prezentują organy podatkowe w wydawanych przez siebie interpretacjach podatkowych.

(Podstawa prawna: art. 5b, 8, 10 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych )

 

źródło: Jak opodatkować przychody uzyskiwane przez osoby fizyczne z udziału w spółce osobowej?

Według oceny Common Sense Advisory (Raport: „The Language Services Market 2012”) wartość światowego rynku tłumaczeń w 2011 roku wynosiła 29,9 miliardów dolarów, z czego na Europę przypadło aż 14,75 miliarda. Sama Europa Wschodnia to rynek wartości około 6,78 miliarda.

Wartość światowego rynku tłumaczeń wzrosła w samym roku 2012 o około 12%. Podobny wzrost przewidywany jest także na rok 2013. Według prognoz, do roku 2015 rynek ten osiągnie wartość około 47,3 miliarda. Perspektywy dla branży są więc bardzo optymistyczne.

Z jakimi trendami będziemy mogli się spotkać w tym roku? Przede wszystkim naturalne będzie obniżanie cen za tłumaczenia. Klienci będą oczekiwać, że tłumaczenie zostanie wykonane szybko i będzie tanie. Ponieważ na ogół projekty są duże, raczej nie będą gotowi za nie zapłacić wysokich kwot. Tłumaczenia to
w świadomości wielu osób wciąż coś taniego i oczywistego, jak choćby woda w kranie… Dzieje się tak w dużej mierze, ponieważ dla wielu firm wciąż nie jest oczywiste, z jakimi nakładami pracy wiąże się tłumaczenie. Dużym problemem Klientów firm tłumaczeniowych jest i nadal będzie niezrozumienie tego, czym tak naprawdę jest dobre tłumaczenie i jak współpracować z firmą translatorską. W XXI wieku tłumaczenia są wciąż bardzo pracochłonne i pomimo prób ich automatyzacji i komputeryzacji nie udaje się zastąpić pracy człowieka. Nasze badania przeprowadzone na 300 firmach korzystających z usług biur tłumaczeń wykazały bardzo niskie zainteresowanie klienta wykorzystywaną technologią (2%).

Druga prognozowana przez nas tendencja to stale rosnąca konkurencja, a także brak procesów konsolidacyjnych na rynku. Rynek w Polsce jest bardzo rozdrobniony. Konkurują na nim tysiące małych i bardzo małych firm. Według danych CEIDG na rynku działają ponad 62 tysiące firm, świadczących usługi związane z tłumaczeniami. Ta liczba będzie cały czas rosnąć. Przy ułatwionym dotarciu do klienta, dzięki usługom on-line i niskim barierom rozpoczęcia działalności w branży tłumaczeniowej, powstają coraz to nowe podmioty zajmujące się tłumaczeniami, a ostra walka między nimi doprowadza do znacznego obniżenia cen
i pracy przy bardzo niskich marżach, a niejednokrotnie i przy niskiej jakości świadczonych usług. Sytuacja może się rozwinąć podobnie jak w przypadku tanich linii lotniczych – nagły wzrost zapotrzebowania na usługi, połączony z presją na ceny doprowadziły do bankructw i licznych przetasowań na rynku przewozów lotniczych.

Duża konkurencja oraz niskie marże sprawiają, że na tym rynku trudno się wyróżnić. Każda usługa jest bardzo podobna. Internet sprawił, że dotarcie do klienta jest bardzo łatwe. Klienci też mogą łatwo znaleźć dostawcę w Internecie. Nawet małe biura, jedno czy kilkuosobowe, mogą mieć atrakcyjną stronę internetową i wysoki poziom obsługi oraz wypracowywać skuteczne i efektywne finansowo procedury działania. To zagrożenie dla dużych graczy na rynku, ponieważ nie pozwala na dynamiczny rozwój nowych technologii i inwestowanie w know-how.

Ludzie w Polsce nie boją się już zakładać własnych firm i działać jako przedsiębiorcy. Zmienił się też klimat społeczny wokół takiej działalności. Sprawia to, że między usługodawcami dostarczającymi tłumaczenia
i klientami biur tłumaczeń pogłębia się przepaść. Dobre tłumaczenie wymaga doskonale opracowanych procesów logistycznych, pracy zespołowej, dużej wiedzy o dostępnym oprogramowaniu i doświadczenia.

 

Tymczasem klienci wciąż postrzegają biuro tłumaczeń jedynie jako pośrednika między tłumaczem wykonującym zadanie a klientem. Nie rozumieją znaczenia procesu zdobywania doświadczenia, uczenia się klienta i jego specyfiki. Stąd niezadowolenie z dostarczanych tłumaczeń i ciągłe poszukiwanie nowych dostawców. Na rynku w efekcie występuje duża rotacja klientów. Przeprowadzone na nasze zlecenie badania zachowań klientów wyraźnie pokazują, że znakomita większość podmiotów korzysta z usług kilku biur tłumaczeń i często zmienia zleceniobiorców. Zyskując niską cenę, tracą jednocześnie możliwość otrzymania tłumaczenia na bardzo wysokim poziomie. Klienci muszą zrozumieć, że dobra współpraca wymaga zgrania się obu stron, a na to potrzeba czasu i zaangażowania.

Pewnym przemianom ulegać będzie także sam zawód tłumacza. Coraz częściej to po prostu rzemieślnik pracujący pod ogromna presją. Wraz z obniżaniem kosztów usług biur tłumaczeń, będą maleć stawki dla poszczególnych tłumaczy. Może to sprawić, że wartościowi ludzie będą z tego zawodu uciekać. Coraz częściej praca tłumacza będzie zadaniowa, a nie etatowa, przez co stanie się ona atrakcyjna dla osób mniej dyspozycyjnych, głównie kobiet. Nigdy nie uda się w pełni zrezygnować z czynnika ludzkiego w procesie tłumaczenia, ale faktem staje się coraz szybsza komputeryzacja. Tłumacze stoją przed koniecznością posiadania coraz większych umiejętności komputerowych i obsługi specjalistycznego oprogramowania.

Natrafiamy tu na kolejny problem, bowiem dostrzegamy wciąż nienależyte przygotowanie do zawodu na polskich uczelniach. Myślę, że ta tendencja jeszcze będzie się utrzymywać. Wydziały filologii i lingwistyki polskich uczelni wciąż często nie potrafią sprostać zmieniającym się wymaganiom rynku, wobec czego początkujący tłumacze w krótkim czasie muszą bardzo poszerzyć swoją wiedzę. Poszerzanie kadry staje przez to się czaso- i kosztochłonne dla agencji translatorskich.

Podsumowując, perspektywy są bardzo dobre. Przede wszystkim dlatego, że zapotrzebowanie wciąż rośniei nadal będzie rosnąć. Problemem pozostaną niskie marże, które uniemożliwiają rozwój oraz inwestycje,
a także nie pozwalają na dobre wynagradzanie dostawców tłumaczeń. Niestety, walka o jakość przy stałym obniżaniu kosztów bezpośrednich jest bardzo trudna, ale musimy odnaleźć się w tych realiach.

 

Autor: Ewa Gnyp, Prezes Zarządu Skrivanek Sp. z o.o.

 

źródło: Branża translatorska – ciągły wzrost

Często zdarza się, iż cenę transakcji sprzedawca zmniejsza o kwoty udokumentowanych i dopuszczonych prawnie rabatów, opustów czy uznanych reklamacji. Nierzadko dochodzi również do zwrotu towaru. Redukcja ceny oznacza redukcję podstawy opodatkowania, co wiąże się koniecznością wystawienia faktury korygującej „in-minus”. Aby wystawca faktury mógł zmniejszyć kwotę należnego VAT-u, musi posiadać potwierdzenie, iż nabywca dokonał odpowiedniego zmniejszenia kwoty VAT-u naliczonego, czyli że odebrał fakturę korygującą. Ustawodawca nie określa jednak formy, jaką powinno mieć potwierdzenie.

Mnogość form potwierdzenia

Strony transakcji dysponują zatem swobodą wyboru postaci potwierdzenia. Wystarczy, iż pozwoli ona jednoznacznie uznać, iż sprzedawca to potwierdzenie otrzymał. Dyrektor Izby Skarbowej w Warszawie w interpretacji indywidualnej z dnia 10.11.2011r. o sygnaturze IPPP2/443-926/11-4/MM stwierdził, iż wystarczającym dowodem na otrzymanie przez nabywcę korekty faktury jest uzyskanie podpisu nabywcy na kopii faktury korygującej. Organ w interpretacji dopuszcza również takie formy potwierdzenia, jak każde pisemne potwierdzenie faktu otrzymania, zwrotne potwierdzenie odbioru, a także każde inne rozwiązanie, które potwierdza, iż korekta dotarła do adresata. Może być to zatem np. zestawienie zaksięgowanych faktur korygujących, które nabywca prześle pocztą, i które posiadać będzie informację, jakich korekt dotyczy.

Kiedy nabywca nie jest podatnikiem VAT

Potwierdzenie otrzymania korekty w ogóle nie będzie wymagane w przypadku, gdy kupujący nie odlicza VAT-u, czyli jest osobą fizyczną nie prowadzącą działalności gospodarczej. Jak przyjął Wojewódzki Sąd Administracyjny w Bydgoszczy w wyroku z dnia 05.09.2012r. o sygnaturze akt I SA/Bd 700/12, w stosunku do odbiorców towarów i usług, którzy nie są podatnikami VAT-u, do obniżenia kwoty VAT-u należnego wystarczy, iż sprzedawca prześle korektę faktury na adres nabywcy przesyłką poleconą.

Przepisy bardziej precyzyjne od 2014

Od 1 stycznia 2014r. z ustawy o VAT będzie wynikać bezpośrednio, iż podatnik może zmniejszyć podstawę opodatkowania nawet w sytuacji, kiedy nie będzie posiadał potwierdzenia otrzymania faktury korygującej przez kupującego, ale tylko po spełnieniu dwóch warunków:

  • pozyskanie potwierdzenia nie będzie możliwe mimo udokumentowanego wysiłku doręczenia korekty faktury,
  • z posiadanej dokumentacji będzie wynikać, iż kupujący jest świadom, iż transakcja zakupu została zrealizowana na warunkach określonych w fakturze korygującej, a nie w pierwotnej.

Korekty nie wpływające na VAT

Warto mieć na uwadze, iż faktura korygująca może dotyczyć poprawy pomyłki w jakiejkolwiek pozycji faktury pierwotnej. Co za tym idzie, istnieją i takie korekty, które nie zmieniają wartości podatku VAT, a zatem posiadanie potwierdzenia otrzymania ich przez nabywcę nie jest konieczne.

źródło: Jak potwierdzić otrzymanie korekty?

Dzięki abolicji część aktywnych jeszcze przedsiębiorców będzie mogła stanąć na nogi. Jednak każdy kij ma dwa końce. Zła wiadomość jest taka, że ten, komu składki zostaną umorzone, będzie miał mniej środków zgromadzonych na koncie emerytalnym, a tym samym otrzyma niższą emeryturę.

Przepisy ustawy o abolicji obejmują tych przedsiębiorców, którzy zawieszali działalność uzyskując zapewnienie od Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, że po zawieszeniu nie muszą płacić składek. Następnie ZUS zmienił interpretację przepisów, nakazując im płacić zaległe składki na ubezpieczenie społeczne wraz z odsetkami, co spowodowało, że nad setkami firm w Polsce zawisło widmo bankructwa. Wiele sporów przedsiębiorców z ZUS w tej sprawie nadal toczy się przed sądami.

Przedsiębiorcy muszą wybrać, czy opłaca im się skorzystać z takiego rozwiązania. W rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria prezes ZUS Zbigniew Derdziuk mówi, że zmiana przepisów oznacza niższą emeryturę dla osób, które skorzystały z abolicji.

– Osoby, które zapłaciły składki za lata 1999–2009, będą miały wyższą emeryturę. W przypadku tych, którzy mają teraz umorzenie, nie będzie ich pieniędzy na ich koncie emerytalnym. Kto nie płaci – nie ma emerytury – mówi Zbigniew Derdziuk.

Umorzeniu – według szacunków ZUS – łącznie może podlegać kwota przekraczająca 800 mln zł, na którą składają się zaległości składkowe wraz z odsetkami.

– Chodzi tu o kwoty,  które były i tak bardzo trudne do ściągnięcia, dlatego że ci przedsiębiorcy samozatrudnieni prawie nie mają majątku. My chcemy im pomóc, żeby mogli wyjść na powierzchnię – podkreśla prezes ZUS.

Firmy, które dzięki abolicji „staną na nogi” ponownie zaczną płacić już nie zaległe, ale aktualne składki do ZUS, a to – jak podkreśla Jacek Dziekan, rzecznik ZUS – może przełożyć się na kondycję Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.

– Bardzo często w stosunku do tych przedsiębiorców, którzy są nadal aktywni na rynku, będzie to istotna optymalizacja biznesu. To może być na tyle istotna ulga w obrocie gospodarczym, że faktycznie te firmy zaczną być bardziej aktywne w obrocie gospodarczym – ocenia Jacek Dziekan w rozmowie z Newserią.

Według ZUS ustawa abolicyjna obejmie około pół miliona przedsiębiorców w Polsce. Połowa z nich nadal prowadzi działalność gospodarczą.

Aby skorzystać z abolicji należy spełnić kilka warunków. Pierwszy z nich to czas powstania zaległości.

– Składki mogą być umorzone za okres od 1 stycznia 1999 roku do 28 lutego 2009 roku. Prowadzący działalność gospodarczą, który ma zaległości w składkach na ubezpieczenie społeczne, a także na ubezpieczenie zdrowotne powstałe właśnie w tym okresie, może ubiegać się o ich umorzenie. Dotyczy to zarówno tych osób, które nadal prowadzą działalność gospodarczą, jak i tych, którzy działalności już nie prowadzą – wyjaśnia rzecznik prasowy ZUS.

Kolejny warunek to ten, aby firma miała opłacone składki za swoich pracowników.

– Fundamentalny warunek jest taki, że umorzone mogą być składki, które nie są zobowiązaniem za osoby pracujące u nas. Oznacza to, że musimy mieć zapłacone składki za naszych pracowników po to, żeby ubiegać się o umorzenie składek na ubezpieczenie społeczne i  ubezpieczenie zdrowotne – tłumaczy Jacek Dziekan.

Przedsiębiorcy, którzy spełniają warunki uprawniające do umorzenia składek mogą składać wnioski do ZUS od 15 stycznia br.

– Wniosek o umorzenie jest dostępny na stronie internetowej www.zus.pl. Co prawda wniosek jest krótki i prosty, ale trzeba będzie do niego dołączyć odpowiednią dokumentację, która będzie dokumentować naszą historię ubezpieczenia w tej firmie, którą prowadziliśmy – mówi rzecznik Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. – Decyzja będzie wydawana możliwie szybko, oczywiście po zbadaniu całej dokumentacji. Przy czym oczywiście sytuacje, z jakimi przedsiębiorcy zgłaszają się do ZUS, są bardzo różne, więc podejrzewam, że to będzie zależało właśnie od stopnia skomplikowania danej sprawy.

Ustawa abolicyjna przewiduje, że przychody z tytułu umorzenia składek nie będą stanowiły przychodu podlegającego opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób fizycznych. W przypadku śmierci przedsiębiorcy wnioskować o umorzenie składek na ubezpieczenie społeczne będą mogli także spadkobiercy lub tzw. osoby trzecie, jeżeli w zakresie tych zobowiązań ZUS wydał wobec nich decyzję o ich odpowiedzialności za niezapłacone przez przedsiębiorcę składki na ubezpieczenie społeczne.

źródło: Abolicja składek w ZUS

Mały podatnik to, przedsiębiorca, u którego wartość przychodu ze sprzedaży w ubiegłym roku podatkowym nie przekroczyła równowartości w złotych 1 200 000 euro, z zaokrągleniem do 1 000 zł (w roku 2013 natomiast jest to 4 922 000 zł). Ustawa o VAT dodaje drugi wymóg – w przypadku maklerów, zarządzających funduszami inwestycyjnymi, agentów, oraz zleceniobiorców i innych osób świadczących usługi o podobnym charakterze, wartość otrzymywanych prowizji (wraz z kwotą podatku) nie może w poprzednim roku podatkowym wynieść więcej niż równowartość 45 000 euro (tj. 185 000 zł w roku 2013).

Jedynie to, co faktycznie „w kasie”

Zarezerwowanym dla małych podatników sposobem rozliczania podatku VAT jest tzw. metoda kasowa. Od tego roku pozwala ona przedsiębiorcy, który ją wybrał na rozliczenie z fiskusem faktycznie dopiero wtedy, gdy otrzyma od kontrahenta wynagrodzenie za dostarczone towary lub wykonane usługi. Z ograniczeniem spotkają się jednak przedsiębiorcy, którzy dokonują sprzedaży na rzecz osób, które nie rozliczających VAT-u, np. konsumenta albo przedsiębiorcy korzystającego ze zwolnienia w VAT. W takim przypadku obowiązek podatkowy będzie bowiem powstawać z dniem otrzymania całości lub części zapłaty, nie później niż 180. dnia, licząc od dnia wydania towaru lub wykonania usługi.

Dużą zaletą metody kasowej jest fakt, iż sprowadza się ona do zapłaty podatku dopiero, gdy podatnik będzie dysponował pieniędzmi, a w przypadku sprzedaży dla osób nie rozliczających VAT-u daje dodatkowe pół roku na uzyskanie zapłaty i zgromadzenie potrzebnych środków.

Rozliczenie VAT-u tylko cztery razy w roku

Następnym korzystnym rozwiązaniem jest możliwość kwartalnego rozliczania VAT-u. Pozwala ono na tymczasowe odroczenie uregulowania zobowiązania wobec urzędu skarbowego. Rozliczenie podatku następuje na takich samych zasadach, jak w przypadku powszechnego rozliczania miesięcznego, z tym, że podatek przedsiębiorca uiszcza nie co miesiąc, a co kwartał. Deklarację złożyć należy zatem do 25-go dnia miesiąca kolejnego po kwartale, za którego podatek dotyczy. Inni przedsiębiorcy (którzy nie mieszczą się w definicji małego podatnika) mogą co prawda składać deklaracje kwartalnie, jednak za pierwszy i drugi kwartał są zobowiązani wpłacać zaliczki. Metoda ta chociaż jest rozwiązaniem o charakterze preferencyjnym nie będzie jednak dobra w tych firmach, których struktura biznesu łączy się z nadwyżkami podatku np. przy dużym udziału eksportu lub wewnątrz wspólnotowych dostaw towarów.

Rzadziej wpłacane zaliczki na PIT

Kolejnym przywilejem małego podatnika jest możliwość rezygnacji z dokonywania miesięcznego naliczania zaliczek na podatek dochodowy na rzecz naliczania kwartalnego. Tutaj podobnie, jak w przypadku kwartalnego VAT-u, chodzi o możliwość odroczenia płatności podatku. Aby metodę kwartalnego wpłacania zaliczek można było stosować, przedsiębiorca o jej wyborze musi w formie pisemnej powiadomić odpowiedni urząd skarbowy do 20-tego lutego danego roku podatkowego. Warto tu się jednak zastanowić, czy aby na pewno podatnik będzie w stanie dostosować do takiego rytmu uiszczania podatku, innymi słowy, czy będzie co trzy miesiące dysponował dość dużą kwotą pieniędzy odpowiadającą sumie trzech miesięcznych zobowiązań.

Środki trwałe od razu w koszty

Innym udogodnieniem dostępnym dla małego podatnika jest prawo do jednorazowego zaliczania całej wartości zakupionych środków trwałych w koszty uzyskania przychodu miesiąca wprowadzenia owych składników do ewidencji. Dotyczy to jednak tylko komponentów z grupy 3-8 Klasyfikacji Środków Trwałych z wyłączeniem samochodów osobowych. Nie należy zapominać również o tym, że łączna kwota jednorazowych odpisów amortyzacyjnych nie będzie mogła przekroczyć równowartości w złotych 50 000 euro. W roku 2013 jest to 205 000 zł.

źródło: Z jakich preferencji może skorzystać mały podatnik?

Jest to kolejny etap wprowadzania w naszym kraju systemu e-Podatki – usług elektronicznych online świadczonych na rzecz obywateli i podmiotów gospodarczych. System ten ma ułatwić podatnikom rozliczanie się z urzędem skarbowym oraz innymi organami administracji skarbowej.

Rodzaje e-deklaracji bez bezpiecznego podpisu elektronicznego

Podatnicy podatku od towarów i usług mogą przesyłać przez Internet deklaracje podatkowe:

  • VAT-7 – składane co miesiąc, w terminie do 25 dnia następnego miesiąca,
  • VAT-7K – składane co kwartał (dotyczy to tzw. małych podatników – o odpowiednio niskiej wartości sprzedaży albo kwocie pobranych prowizji lub wynagrodzenia za usługi w poprzednim roku podatkowym), w terminie do 25 dnia miesiąca następującego po danym kwartale,
  • VAT-7D – składane co kwartał (dotyczy to innych podatników, którzy pisemnie zawiadomili o takim sposobie rozliczania VAT naczelnika właściwego urzędu skarbowego), w terminie do 25 dnia miesiąca następującego po danym kwartale (jednak w tym przypadku istnieje obowiązek wpłacania comiesięcznych zaliczek na podatek, w wysokości 1/3 kwoty podatku należnego za poprzedni kwartał).

Podatnicy podatku od czynności cywilnoprawnych mogą składać w formie elektronicznej deklaracje PCC-3. Należy je przesłać w terminie 14 dni od podpisania umowy cywilnoprawnej (dotyczy to przede wszystkim umów sprzedaży lub zamiany).

Podpis elektroniczny

Deklaracja w formie elektronicznej musi być poświadczona podpisem elektronicznym, pozwalającym
w sposób jednoznaczny zidentyfikować podatnika. Do potwierdzenia autentyczności deklaracji podatkowych nie jest jednak konieczny tzw. bezpieczny podpis elektroniczny (weryfikowany za pomocą ważnego kwalifikowanego certyfikatu). Wystarczy, że przesyłający deklarację podatnik poda następujące dane:

  • identyfikator podatkowy NIP (lub numer PESEL w przypadku osób nieprowadzących działalności gospodarczej),
  • imię (pierwsze),
  • nazwisko,
  • datę urodzenia ,
  • kwotę przychodu wynikającą z zeznania lub rocznego obliczenia podatku za rok podatkowy deklaracji o dwa lata wcześniejszy niż rok, w którym jest składana deklaracja (jeśli dwa lata wcześniej podatnik nie składał zeznania lub rocznego obliczenia podatku, należy wpisać wartość „0”).

Od kiedy można składać e-deklaracje bez bezpiecznego podpisu?

Podatnicy podatku od towarów i usług mogą przesyłać w formie elektronicznej deklaracje: VAT-7, VAT-7K
i VAT-7D – składane za okresy rozliczeniowe rozpoczynające się po 31 grudnia 2010 r.
Natomiast podatnicy podatku od czynności cywilnoprawnych mogą przesłać drogą elektroniczną deklaracje PCC-3 – składane po dniu 31 grudnia 2011 r.

źródło: E-deklaracje podatkowe bez bezpiecznego podpisu elektronicznego